środa, 31 lipca 2013

Początek

Są takie chwile, po których nic już nie będzie "normalne" (a teraz sobie sami normalność zdefiniujcie).
Otóż moje normy rozpadają się od stycznia bez przerwy niemal, choć kręcą tylko wokół dwóch tematów...

Ale nic to. Jak za pociągnięciem magicznego sznurka zaczęła się moja pionizacja, ogarnięcie.

Boli. Będzie boleć kurewsko i prędko nie przestanie. Terapia nigdy nie jest łatwa. I z jednej strony czuję się raz w tygodniu jak bohaterka "Bez Tajemnic" (wtedy też myślę, że może to całe swoje życie w rodzinie sobie wymyśliłam, przecież nie jestem wcale ważna?), a z drugiej, wyważam ostatnio tak wiele drzwi, że jestem z siebie dumna, z każdym dniem bardziej (wszak miło jest się, kurwa, dowiedzieć, że sprzeciw jest naturalnym prawem człowieka).

Położyłam już serce na stole, teraz oddaję i duszę. Choćby dlatego, że obiecałam sobie normalny start we własną, małą, mężczyzno-kocią rodzinę.

I mimo to, że zbyt często we łbie świeci się lampka "spierdalaj, bo tak jest łatwiej" albo "unikaj problemu", jest dla mnie szansa.

Może ktokolwiek tu zajrzy, przeczyta, coś powie?

Chora jestem na głowę. Każdy trochę jest.