czwartek, 26 grudnia 2013

Foto-kolaż V

Więcej niż tydzień w zdjęciach


Lilka obściskiwana

takie ultranowoczesne kamery tylko w PKS Kielce

Śpiący Lilek

 Księżyc
 Ja widzę go tak
Przyłapana. Nie powiedziała tylko, czy hejtuje, czy ogląda Cat Tube
Warszawa. Natu. Najlepsza <3

wtorek, 17 grudnia 2013

Komu w drogę, temu płacz

Wreszcie zebrałam się, żeby coś naskrobać. Mój obecny krajobraz to stos kartonów, worków, papierów i innych atrybutów właściwych dla przeprowadzki. Moi rodzice zmieniali miejsce zamieszkania a z 7 razy, lekko licząc, dlatego wszelkie przenosiny wywołują u mnie lekką wysypkę. Najgorzej, że tym razem zostałam z tym misterium sama... Odliczam dni do Świąt (pierwszy raz w życiu), potem do Sylwestra, przerwy w zajęciach i końca sesji. Bo to będzie początek mojego życia z K. w Warszawie. Wychodzenie z tak znanej strefy komfortu, coraz bardziej mnie jara, ciekawa jestem jak to wszystko się ułoży. Marudzą i cierpią jedynie najbliżsi, wszelkie przyszywane ciotki, dziadkowie itd.
Ale, jak mówią, trzeba wciąż do przodu iść, czy biec, jak kto woli i lubi.
Ja biorę udział w maratonie, półmetek praktycznie za mną. A co dalej?
Hmm.
Run, baby, run.
Piosenka na dziś: Ada Rusowicz, Stan Borys, rock-opera "Naga" - Narodził się nam nowy Bóg


środa, 4 grudnia 2013

Kołowrotek

W zasadzie nie wiem, co napisać, wszystko dzieje się taaak szybko. W ciągu tygodnia - ja mentalnie, K. realnie zamienił Scyzorykowo na Warszawę (miasto predyspozycji, bijacz!), a mnie pękło serce i wnętrzności. Bo straszna jest ta nasza ssacza umiejętność przyzwyczajenia do czyjejś obecności - gdy tego brak, zaczyna się dramat.

Obiecałam. Że się będę trzymać (to chyba całemu Światu), że będzie mi się chciało żyć, dbać o siebie, uczyć, pracować itd.

Nie widzę tego w tej chwili.

Wiem, że w marcu, gdy do niego dołączę, to będzie moją szóstką trafioną w uczuciowym Totku, znów będziemy razem, a zegar ślubny zacznie tykać jak opętany. Póki co, chcę umrzeć. Jaki jest sens życia bez Niego codziennie rano by boku, szepcącego jesteś moją najpiękniejszą cukróweczką?

Otóż sensu nie ma.

Piosenka na dziś: 4:33

poniedziałek, 25 listopada 2013

Krajobraz mój codzienny


Pojawił się znajomy, zimny i ostry wiatr. W takich momentach przypomina mi się, że mieszkam w Górach i wierzę szczerze, że nam smog nie doskwiera.
Na chodniach i osiedlowych trawach białe zmrozone ciapki. Na nogach mam ukochane EMU, które będą mi jeszcze musiały przez chwilę wystarczyć.
Jeszcze nie wyobrażam sobie nocnych powrotów z pracy w tym tygodniu, ale jakoś to będzie.
Zawsze jakoś jest.
Znalazłam sukienkę, piękna jak ze snu. Myślę, że to ta Jedyna :)
Z wpisu na wpis pewnie będę Was spamować utworami, które zawsze kojarzą mi się z tym czasem, listopadowo-grudniowym, ale dziś pozwolę sobie zrobić inaczej - chociażby w ramach repertuaru z emisji głosu.



Na całych jeziorach ty

PS: Nowy blogowy projekt wystartuje lada moment

zapraszam na: ktozabroni.blogspot.com

wtorek, 19 listopada 2013

Bączek

Wszystko kręci się ostatnio błyskawicznie. Pory dnia przepływają niezauważalnie dla mnie, sprawiając tylko, że dziwię się widząc ciemność za oknem. Bo albo siedzę w pracy, albo do niej idę, albo z niej wracam. Uczelnia stała się surówką, nie daniem głównym (powinno być odwrotnie, czyż nie?).
Jak podkręcę tempo, dobry zabraknie do ogarnięcia wszystkich spraw, wykonania telefonów, zadowolenia wszystkich. A tak bardzo chcę się zatopić w hektolitrach kawy lub/i domowego wina, kocu, z książką i Mad Menem na monitorze.
Trzeba walczyć. O siebie i ze sobą. Znowu zbytnio poddaję się woli i łasce Rodzicielstwa. Rodziciel utrzymuje, że nie ma nic przeciwko ślubowi i że się cieszy - ale czy mogę temu ufać? Pojęcia nie mam. A i tak najgorsze i największe konfrontację przede mną. Tfu, ze sto takich.
Myślę, że:
a) powinnam tu wkleić listę zadań do spełnienia przed i do ślubu
b) uwaga, spam:
*Kupujcie kartki świąteczne od Panna Lola, bo są piękne i unikatowe <3
Piosenka na dziś: Anna Rusowicz, Nie uciekaj

poniedziałek, 11 listopada 2013

Pod skórą

Czy pisałam już, jak bardzo, kompletnie bez przyczyny, nienawidzę listopada?
Tak jakoś się w tym moim życiu złożyło, że akurat ten miesiąc jest najbardziej liderem jeśli chodzi o fochy, ogólną niechęć do życia i stany przed-depresyjne.
   
       Są pewne małe codzienne przyjemności (że tylko wymienię:
- niemal rytualne kawy podwieczorne z K. przy czarnym stole w jadalni,
- długie kąpiele w naszej wieeelkiej -wannie i mordowane przy tym dzielnie przemysłowe ilości świeczek [za dużo rozbudowanych zdań, eh],
- kawałek ulubionej czekolady,
- spontaniczne ataki głupawki z Dziewczynami na uczelni...). 
Ale jakoś, w świetle porannego marudzenia 'nie, ja dziś nie wstaję', wymienione wystrzały w kosmos tracą na znaczeniu.

Więc jest słodko i gorzko. Cały czas. Chcę bajecznej mroźnej oprawy wyłącznie na Wigilię, moje styczniowe urodziny, a potem od razu wiosnę. A może i lipiec i koniec przygotowań do Ślubu.

Och.

Z wirtualnego folderu wygrzebałam takie kwiatki (dawno, nieprawda i ile ja wtedy pisałam, szok. A o chyba już nie wróci...):

Konsekwencje myśli

Winorośl różnych myśli
Oplata mi serce
Dławi duszę
pnącza
- są długie, zawiłe
jak życie
Długo się rodzą
Rzadko rozkwitają
publicznie
Szybko znikają
- myśli
Słowa czynią je
wolnymi,
 - ja wiele mówię.

Gdy już się wyczerpią
Pozostanie gdzieś
pustka
I miejsce na nowe
Owoce winne

Winorośl luźnych myśli
Błądzi,
Nie ma gdzie się zaczepić.
Gdy będą silniejsze
Znajdą swe miejsca
We mnie.

***

Poczułam
Zapach świąt
W smugach
Drewnianego dymu
Piernik
Kolędę
Nadzieję
Na cos więcej
niż złudę
Twojej nieobecności
jak co roku,
gdy dzieję się
coś ważnego

Odrzucam pakiet złych myśli
wracam do ekscytacji
Opadu śniegu
Opadu łez
Zamieci słów

Samo poszło
bezboleśnie

Kolejny dzień za mną.





                             

wtorek, 5 listopada 2013

Jak kamień

Kamieniem można rzucać - bezwiednie, często, bez konsekwencji, przecież się nie skruszy.
Kamień wiele zniesie, nawet jeśli miałby udać, że go ten ból nic nie obchodzi. 

Można go swobodnie opluć. 

Nie poczuje. Bo jest kamieniem.

I tak trwa ta moja walka z dwulicowością najbliższych o normalną, spokojną ceremonię, lecz też o coś więcej. O moje przyszłe życie. Staram się nie przejmować, choć wcale lekko nie jest.



Jestem pełna kamieni. Bo kamieniem jeszcze nie.

...



                             

niedziela, 27 października 2013

Foto-kolaż IV

Miniony tydzień, obrazkowo

jestę kotę. I muzyczną divą :D

Kot i Bender w lesie

czasem dobrze jest się praktycznie nie malować

Miłość budulcem Wszechświata

... lub Wszechstrzemia, cytując Romana Barbarzyńcę :D

Wczoraj z K. obejrzeliśmy bajkę Disney`a Odlot (UP) - ja po raz drugi, on zaś pierwszy raz. Dawno nie siedzieliśmy tak ubeczeni (mężczyźni, nie wstydźcie się łez!), nie analizowaliśmy życia dwojga bohaterów i nie obiecywaliśmy sobie pewnych rzeczy. A dziś wypad za miasto, piękna pogoda, las...

Dzisiaj mam poczucie, że wszystko się poukłada idealnie, tak jak chcę. Oby.









                           

czwartek, 24 października 2013

Huśtawka

Nie tylko pogodowa. Wczoraj było bosko, najlepsza z wizytówek jesieni, ale dziś już kicha. Za to u mnie w życiu na odwrót - ostatnie dni ciężkie, ale od wczoraj chodzę z bananem na twarzy - dziadkowie pomogą i ze spokojem możemy się brać za organizację wesela. Wyzwanie jest duże, bo trzeba w 20 paru tysiącach zmieścić wszystkie koszty. Ale jestem dobrej myśli - w najgorszym razie będę gotować przez tydzień ze świadkową, a obiadem poczęstujemy ludzi u Teściów w ogrodzie :p

Także, tyłek spięty na nowo i działamy. Lubię ten stan.


Follow my blog with Bloglovin

poniedziałek, 21 października 2013

Jesiennie

Po szarudze nadeszły cieplejsze i ładniejsze dni. A ja nadrabiam, układam, zbieram, wyszukuję i kręcę się. Wokół rzeczy, ludzi, siebie. Ciężko jest zrobić wiele na raz, mimo to, walczę by być z siebie zadowoloną. Wolny od zajęć dzień, więc wreszcie się nie spieszę.
Mimo to, czuję, że mam tradycyjną jesienną huśtawkę - niby słońce świeci, wygrzewa się kości, jakoś bardziej chce się wstać rano, mieszkanie pachnie dziś jabłkiem i cynamonem, a z drugiej strony czuję pod skórą non stop nostalgię i mam świadomość przemijania. Pogody, relacji, czasu.

Heh. Dziś chcę się zamknąć wyłącznie w ulubionych piosenkach i książkach.


I znów śpię coraz gorzej.

Śpiąca Lilka


tylko one się niczym nie przejmują


sobota, 19 października 2013

Foto-kolaż III

Po odzyskaniu telefonu pstrykam jak szalona, każdy z dni = kilka obrazów do zapamiętania

W głośnikach w kółko (aa, to pójdzie jako osobne okno :P)

Fryzjerka mi kazała. Chyba do końca życia zostanę blondyną

lata 20. wszędzie - Kawiarnia Pod Herbami, Kielce

czekoladowy potwór Narzeczony, amator słodyczy wszelakiej

Nie, Tercja się nie zmniejszyła. To Lila, kot nr 2 w domu - nią też Was będę spamować

punk w woorze

ja

i ja

dziś słońce zaszło tak...

poniedziałek, 14 października 2013

Kochamy swoich mężów, tylko jesteśmy głupie/problemy techniczne

Odzyskałam xperię po miesiącu czekania (pozdrawiam serwis...), nie skomentuję tego, lepiej późno niż wcale.
Parę dni temu, mimo woli, byłam świadkiem beznadziejnej (wg mnie) dyskusji trzech czy czterech lachonów, wszystkie po lub w trakcie przygotowań slubnych. Na wejściu dowiaduję się, że najważniejsze tego dnia są blyskotki, wypasione kiecki, tona żarcia, milion gości... i fakt zatajania stanu cywilnego wszędzie gdzie się da. Żenujacym punktem kulminacyjnym było ich obwieszczenie, że w pracy to już koniecznie się trzeba z obraczką ukrywać, szczególnie przed 'ciachami', szpanować wtórnym panieństwem...
Mężom gratuluję doskonałych wyborów, lasek jest mi zwyczajnie żal. Albo się starzeję, albo niezgoda wynikająca ze zwyczaju nieflirtowania i nie zdradzania w małżeństwie wydaje mi się prawidlowa.
Od wczoraj w głośnikach bez przerwy Jill Scott - Calls

 

wtorek, 1 października 2013

Dobij mnie, niech leżę

Każdy z dni jest słodko-gorzki, po całości.

Niby tyle dobrego się ostatnio wydarzyło - zdałam sesję, jestem od czwartku licencjatem, zmieniam restaurację, jak dobrze pójdzie, rozpocznę świetny projekt muzyczny.
Dla przeciwwagi (w moim odbiorze równowagi) ciągle jakieś spotkania wspominkowo-stypowe, koncerty tego typu itp.

A dziś, tadam, bomba atomowa we łbie - umarł dziadek ze strony taty. Od nowa będę przechodzić przez to, co już zdążyłam w pamięci zakopać...

Siedzę i się gapię. Przed siebie. Dziś nic nie jest w porządku.




sobota, 21 września 2013

(nie tylko) chlebem i wodą

Po raz kolejny grupa uzurpatorek bezkarnie (stuprocentowo, uwierzcie) jeździ po moim życiu. Po każdym jego aspekcie. Absolutnie KAŻDYM. Kiedy to ujawniam, ich działalność nie zostaje ukarana. Moja owszem.

Coś jest, z tym internetem, kurwa, nie tak.

Ale ja nie o tym (pozdrawiam je serdecznie. Środkowym palcem).

Mam tygodniowe wakacje, bo we czwartek obrona. Wszystko wczoraj oddałam w cholerę. Uff, można się wreszcie trochę polenić. I pomyśleć o ślubie.

*********************************************************************************

"Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo". Tak czy nie?

Wczorajszy dzień, pierwszy wolny dla nas obojga od nie pamiętam kiedy, słoneczny lecz z zimnym wiatrem, był okazją do sprawdzenia powyższej tezy.
Kawa ze zniżką smakowała jak nigdy, nie musieliśmy się nigdzie spieszyć...
Obiad w barze mlecznym (wymarzone frytki <3) też już formalnie za darmo, bo abonament opłacony z początkiem września. Spacer po mieście, które znam na pamięć, wydawał się wczoraj turystyczną wyprawą, albo nieśmiałą randką z uśmiechami, uściskiem dłoni - bez kilogramów książek, nut, zmartwień. I bez komputerów. Mnie do poczucia spełnienia zabrało tylko wizyty na placu zabaw, ale to następnym razem.
Śmiech z naszej Tercji, niosącej z dumą w pysku po mieszkaniu sznurówkę, też.


Tak. Najlepsze rzeczy w życiu są za darmo. Lub przy nikłym nakładzie inwestycyjnym.


Szkoda tylko, że tegoroczne wino z porzeczek jest jeszcze za słodkie, a nalewka niegotowa. Więc poniżej wirtualny toast.

Wspaniałego będę miała Męża. K. Jest wszystkim.

Dlatego, z dedykacją, Frank Sinatra.




sobota, 14 września 2013

Bez znieczulenia

Szybkie zrywanie plastra boli. Tak jak borowanie, albo rwanie ósemek bez znieczulenia. Albo piątkowy wieczór z kumplem i przyjacielem. Jest piwnie, ale kiedy leją się łzy (moje dodajmy), jest już wódkowo-gorzko.

Ale: poznałam Wiktora ('ssssssieeeee so kurwaaa moje piniadze? 2500 koła tuuu maam' - jego ziomek oddał mu je po kwadransie; 'soorry sieewszyny, kupię wam szampana, na szeprosziny')
Jakąś chwilę później zażyczył sobie Krawczyka i zaczął tańczyć...

Na fajce poznaliśmy z kolei Hiszpana (on był też w Italii, więc jest hiszpano-włochem, ot co).

video
Na koniec, 10 min przed zamknięciem, wkroczył jakiś anonimowy dres, wziął piwo, którego w ogóle nie konsumował, ale śpiewał, że hej. Białego Misia by Tymon i Tranzystory najbardziej.

Ale za to tradycyjny foch z przytupem by Przyszły Mąż  za piątkowe wyjście bez niego wisienką na torcie.

...

Mam zaliczenie w poniedziałek, wcale się jeszcze nie przygotowałam, hmm...

Spaliłam opisywanie tygodnia dobrych myśli, zaliczając tylko jeden dzień - niekonsekwentna jak zwykle.

Czuję się jak tona starej ziemi, kompletnie do niczego.

video




czwartek, 5 września 2013

Overgrown

Yerba spokojnie się parzy, ja wychodzę ze skorupki. Po 12 godzinach spania, odkręcenie żaluzji, wzięcie długiej, gorącej kąpieli i ogarnięcie sypialni jest wyczynem niemal olimpijskim.

Czy to my sami sprowadzamy na siebie melancholijny klimat, niemoc do nauki/tworzenia? A może to Świat jest nieprzyjazną kurwą, która codziennie zasypuje nas morzem prywatnych lub globalnych masakr?

Nie wiem, ale dziś czuję się zdecydowanie wyrośnięta*. To towarzyszy mi odkąd pamiętam.

I nie wiem czemu - przecież kocham, jestem kochana, mam świetne życie (bo zdrowie, w miarę, ekhm, i praca jest), w miarę się w nim realizuję...

Może to zwykła tęsknota za ludźmi, zapachami, miejscami?

Nie wiem.



We śnie dziś rodzice zostawili mnie w okolicach Kazimierza Dolnego n/Wisłą i kazali dojechać tam pociągiem. A potem jak gdyby nigdy nic, moja Rodzicielka biegała ze mną ws. kupna roweru, jednocześnie wciąż powtarzając, że mnie już nie chcą. WTF?





*lokowanie produktu musi być - w słuchawkach James Blake, będę się nim ćpać ze 185746 lat

środa, 4 września 2013

Foto-kolaż II

Dalej nie robię tego, co powinnam, chociaż jakieś postępy są...
różowe zachody zawsze spoko

jamy coraz dziwniejsze, ale Lynx zawsze w formie ;)

kolejny jeż do kolekcji

łudzę się, że tu widać całą moją piątkową fryzurę, ja, saute

A w głowie ostatnio w kółko siedzi ten utwór, ilu człowieków, tyle interpretacji...



niedziela, 1 września 2013

Dzień blogera - obnażenie

czyli, idąc za ciosem (ostatnio to dość modne), 22. fakty o mnie (metrykalnie :D)

1. jestem leworęczna i bardzo z tego faktu dumna (nie dałam się przestawić w szkole)

2. uwielbiam zbieranie w głowie unikalnych anegdot o sławnych ludziach i postaciach historycznych (zamęczam nimi potem znajomych, tfu, zadziwiam xD)

3. moim ulubionym okresem w historii Polski paradoksalnie są czasy po II wojnie światowej, w szczególności PRL

4. w szkole uwielbiałam WOS, dzięki wspaniałemu Panu Nauczycielowi

5. pozostając w klimacie historycznym - za każdym razem, gdy przy okazji jakiegoś wydarzenia sportowego słyszę hymn narodowy, beczę jak dziecko (szczególnie, gdy grają siatkarze), zawsze słucham go na stojąco, a jeśli obok są przy mnie moi chłopcy - brat, tata czy narzeczony, to staram się to przed nimi zataić

6. w ogóle dużo się wzruszam

7. umiem przyszyć tylko guzik i to kiepsko, mam ogromny szacunek do osób, które same umieją sobie coś uszyć, przerobić

8. mam we łbie wielką szafę grającą, piosenki wskakują losowo i czasami w głupich sytuacjach...

9. jestem uzależniona od używania Carmexu :D

10. uwielbiam dyskutować i doradzać w kwestiach związanych z kosmetykami, ale mimo tego, nigdy nie byłam konsultantką żadnej ze znanych marek sprzedaży bezpośredniej (czy jak to tam nazywają)

11. jestem bardzo wyczulona na los zwierząt, jak jakieś widzę na ulicy, od razu bym przytuliła i zabrała ze sobą

12. okropna i ogromna ze mnie gaduła

13. nie jestem typem sportowca - tzn. kiedyś tańczyłam zawodowo, potem chwilę strzelałam z łuku sportowego, ale teraz nie umiem się zagonić do ćwiczeń

14. przed maturą marzyłam o karierze śpiewaczki operowej i o dobrym angażu w którejś z takowych ;)

15. uwielbiam brytyjski akcent w angielskim - im dziwniejszy, tym lepiej

16. bywam strasznym leniuchem i mam dni, kiedy w ogóle nie mam motywacji do wyjścia z mieszkania

17. nie znoszę firanek i zasłon. I dywanów

18. niezmiennie marzę o wystąpieniu na scenie razem z masą muzyków, często też mi się takie sytuacje śnią

19. w ogóle lubię analizować swoje sny...

20. nie mam pamięci do dowcipów (dlatego też, jak głupek, potrafię się ze 3 razy z jednego śmiać, w
towarzystwie, mimo że już go słyszałam)

21. miałam praktycznie każdy kolor włosów na łbie -> od blondu, po rudy i mocno czerwony. Obecnie brąz. Włosów nie farbuję dla funu, bo moim problemem jest siwizna (kumulacja genów + moje emocjonalne usposobienie)

22. gdybym mogła, przeniosłabym się na jeden wieczór wprost do Warszawy z lat 20. czy 30. XX w. na jakiś raucik - jestem zakochana w dwudziestoleciu międzywojennym.


Na deser zdjęcia z półfinału - oczywiście było żenująco ciekawie, przeszli kontrowersyjni ludzie (pod względem emisji głosu of kors), ale wszyscy każą mi podnosić cycki do góry. Tak więc "hot stuff" w 4. odsłonach (dzięki uprzejmości Majewscy Foto Kielce).

Edyty Górniak i "Dotyku" zatem nie będzie.




poniedziałek, 26 sierpnia 2013

W powietrzu

I w kościach jesień. Z jednej strony to jesienią się zazwyczaj zakochiwałam, była to dla mnie w pewnym sensie wiosna, z drugiej nęcące powietrze, z dymem palonych traw, śladami promieni słońca, lekkie ciepło dnia, okłamujące, że to wciąż lato... sprawiają, że popadam w nastrój melancholii, zbyt wiele myśli i zmartwień (czemu ja zawsze martwię się na zapas?). Czuję, niedługo skończy sie pogodowy fart, sielanka, ehh.

Próba była dziwna. Integrowaliśmy się ze cztery godziny z konieczności, niczego nowego przed piątkiem się już nie dowiem, tak mi się wydaje.

Po wyjściu ze studia nagrań trafił mnie stan przed atakiem artymii (w sumie chuj wie co to jest) i w domu padłam do spania na jakieś trzy godziny. Wstałam cudownie lekka - co będę robić w nocy nie wiem :D

Zapraszam wszystkich kielczan w piątek na godzinę 19, przed KCK na półfinał konkursu wokalnego, w którym biorę udział. Jeśli dotrę do finału, myślę, że zaśpiewam to:

Dotyk, live`99

sobota, 24 sierpnia 2013

(nie) pytaj o Polskę

Mam taką przywarę, że lubię rozmawiać z obcymi ludźmi. Oni zresztą też ode mnie nie stronią. Wczorajszy dzień był jednak szczególny pod względem ilości napotykanych rodaków, poruszonych tematów, wysnutych wniosków.

Akt I: autobus
Troje ludzi wzdychających nad moim oparzonym palcem i pierścionkiem zaręczynowym. Jedno z trojga mówiące, że małżeństwo w młodym wieku to zuo. Śmiechowo. Załóż sukienkę a`la lata 40, czerwona szminka na usta i voila, wszyscy cię zauważają.

Akt II: spotkanie klasowe
Mój Ukochany wczoraj widział się ze swoimi koleżankami z lo, mnie też zaprosiły, dlatego po pracy wleciałam wprost w kawiarniany gwar. Szybkie plotki, kto z kim, co robi, komu co się udało zawodowo i osobiście, a co nie. Było sympatycznie, ale okazało się, że ludzie dwudziestopięcio-letni usilnie szukają swojego miejsca na Świecie i (jak każdy z nas, nie oszukujmy się) potrzebują kochać i być kochanym. Plus mój znajomy, zmęczony już deczko, mówiący z goryczą o tym samym (lat 23.)

Akt III, najważniejszy: kwiat młodzieży polskiej
Wisienka na torcie.
- "Ej, przepraszam, macie ogień?"
- "Niestety nie tym razem"
- "A, ok, spoko"

100 metrów później. - "Mogę z wami chwilę się przejść?" "No spoko, nie ma problemu". To był pretekst do poznania w środku nocy Grześka - rowerzysty, przyszłego ratownika medycznego. 21 lat, łeb na karku solidny, młodość, spontan, ach.
Odprowadził nas pod dom, nie mając kompletnie po drodze, rozmawiając z nami o kondycji kraju, o tym, co robić dalej ze swoim życiem, a już na pewno co zrobić z tą piękną dziewczyną, która mu się tak podoba (pisząc te słowa, on jest już ze swoimi znajomymi w Tatrach, powodzenia chłopaku), o islamizacji Europy (jest nas coraz więcej, goddamnit`!), czy wyjeżdżać z kraju na stałe...
Jest bogatszy od nas o doświadczenia ze Szwecją i o odwagę potrzebną do działania.
Wymieniliśmy się namiarami, na pewno wyskoczymy na ziomalskie piwo, kiedy wróci do miasta.

W takich momentach jestem dumna z ludzi młodszych ode mnie, nawet o ten promil, ale jednak. Może mamy w statystycznym zapasie grupę dzieciaków niosących nadzieję na to, że nie jest z nami jeszcze tak źle...


Jak mówi #słowofobia Panie i Panowie, Królowa Beata. Amen(t) :D

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Ta zniewaga...


Krwi wymaga. Niewątpliwie.
Po raz kolejny w ostatnim czasie Rodzicielka przekracza granice dobrego smaku i wychowania (o ile coś takiego w ogóle w jej osobie jest). Kolejne znieważenie mnie i Narzeczonego, kolejna awantura o to, stos papierosów, budzę się jeszcze bardziej siwa niż wcześniej (takie przynajmniej odnoszę wrażenie).

Potem, jak dotąd, udawanie, że wszystko spoko, zioom, ale nie. Tym razem miarka się przebrała i będzie boleć - brazylijska depilacja mózgu rozpoczęta.

Obym tylko dożyła do ślubu...

*ktoś gdzieś pisał o cudownej mocy masełka do ust Nivea i wręcz byciu psychofanem tegoż produktu. Kupiłam karmel, dobry jest ;) choć Carmexu nigdy nie zdradzę :D

Jaram się Niemenem ostatnio na potęgę...

http://www.youtube.com/watch?v=-upBPDmKrWc - od 1:30







poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Jedna wielka niedoskonałość


Sny mam coraz głupsze ostatnio - szczególnie, gdy ze znajomymi temat schodzi na przyszłoroczny ślub. Non stop sprzeczam się z ukochaną kuzynką, nazywaną przeze mnie Siostrą, bo jest dla mnie jak rodzona. I spotykam wieczorami ostatnio same jeże (dowody wkleję poniżej). 
O co, kurwa, chodzi? 
Dlaczego myśli o dwóch wrześniowych poprawkach dopadają mnie wyłącznie przed zaśnięciem (kiedy to K słodko śpi po prawicy?). Ja wiem, ciągle coś rozpieprzam. W kółko w zasadzie.

Nie radzę sobie ze sobą. Niby jestem coraz bardziej odważna (od wygrania I etapu festiwalu karaoke w mieście, po hejtowanie, słuszne, w sieci), ale ciągle "coś". To "coś", co mieszka w moim łbie i bez cotygodniowej spowiedzi na 'kozetce', nie chce samo uciec.
imprezowy jeż sobotni

romantyczny jeż wieczorny

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Serpentyny i mydlane bańki


 Jak powiedział klasyk: „wszyscy artyści to prostytutki (…)*”, idąc tym tokiem myślenia to też ja.

Jednak bez ustanku dziwi mnie:
a) faza, by płacić muzykom, za latami ćwiczone, ale złudne (wiecie, ile trwa rozchodzenie się dźwięku) wrażenie,
b) faza, by bez żenady, za jednym zamachem wydawać cały roczny budżet kulturalny gminy na występ pana, powiedzmy J*.
Ma on, bez wątpienia dobre intencje [szczególnie wzbogacając playback udziałem żywych muzyków, w większości moich lokalnych ziomów], sam w kółko na estradzie powtarza „kocham bawić ludzi”. 
Bawi ich godzinę, dwie małoletnie machają przy tym nogami, niby wszystko jest git. 
Dlaczego tylko mnie tak to mierzwi? Powiecie: nie każdy słucha Beyonce czy Madonny, które też przecież dają koncerty, ba, gigantyczne i złożone show, więc dajmy żyć fanom disco z pola, ale – zawsze jest to ‘ale’, przynajmniej w moim łbie. 
Wczoraj najbardziej rozwalił mnie jego menager – mini-Pudzian, bez słuchu, za to śliniący się na te dwie, aż żal dupę ściska. Zadowolony jest z pewnością, kolejna odwiedzona wioska, kolejny playback odpalony, kolejne zero na koncie (nie myśl o wypłacie, nie myśl o wypłacie, nie myśl).
W każdym razie. Każdy ma takie serpentyny i miliony baniek na jakie stać jego gminę i własny gust muzyczny, przepraszam Sofę za przyrównanie.
Miał jednak rację Freddie – show musi trwać.







*cytat z Kazika

*imię oczywiście zmieniłam

sobota, 3 sierpnia 2013

Piękna nasza Polska cała...

... więc, kto żyw, ten wypierdala. O biedowaniu słów kilka.
*narzekanie mode on*

Do około 700 złociszy (wersja baardzo optymistyczna) dodajcie ok. 1800-1900 złociszy, odejmijcie od tego 1100 na mieszkanie, 150 na rachunki, kolejne 100 na ratę i co zostanie? Nic, gówno, null, zero. Ale egzystować trzeba (się chciało pracować i studiować i prowadzić prywatne życie na raz w wojewódzkim mieście to się ma). Jeść trzeba, ja znowu pytam jak żyć?

Dobrze, że są chałtury i krótki strzał endorfin koło dziesiątego, kiedy to wydaje nam się, że jesteśmy fuckin` rich, jednak taki stan rzeczy demotywuje. Strasznie. W pewnym momencie miesiąca mam już dosyć chodzenia 4 km na uczelnię i 5 km do pracy (w jedną stronę of kors), uśmiechania się, odmawiając paczce skoku na miasto, tłumaczenia samej sobie, że to minie, że jak nie ma za co kupić soku do picia to nie koniec świata, a ulubione lody to mega fanaberia.

Obecny stan lodówki to: pół mleka, pół butelki brązowego rumu, dużo mielonej kawy, 1 gruszka, parę marchewek, ze 4 jajka, kawałek masła, 3 parówki, 2 jogurty typu greckiego - opcji coraz mniej, zapasy topnieją, a ja mam dość, jak co miesiąc.

Najgorzej wiadomo, gdy przyjdzie zima. Dziś w nocy marudziłam, że jej nie chcę i nienawidzę, za to zmaganie się ekonomiczne z życiem właśnie.

I dobrze, że Tercja ma zawsze jedzenia po dach. Inaczej tego sobie nie wyobrażam.

Wyczerpując wątek, powraca do mnie raz po raz wizja wyjazdu stąd raz na zawsze. Gwiazdą estrady już raczej nie zostanę, więc...

*narzekanie mode off*

Na myśl zatem przychodzi mi tylko jeden kawałek

I będę Was spamować Moją Kotą. Bo jest Najpiękniejsza i Najbardziej Puchata na Ziemi. I ma w dupie dwie budowy za oknem, co widać na zdjęciu poniżej ;)




piątek, 2 sierpnia 2013

Staram się

Na wstępie napiszę, że jestem zaskoczona ponad 50 wyświetlaniami w 2 dni, dzięki, czekam na więcej :D

Do sedna. Każdy z nas jest niedoskonały, ale nie każdy ma wręcz obsesję doskonałości. Co to dla mnie znaczy?

Ciągle się staram: myć zęby przed spaniem, wkładać naczynia od razu do zmywarki, cieszyć się z, na pozór, dziwnych rzeczy... No milion pierdół. Na szczęście najważniejszych kwestii nie zawalam (prawie).

Staram się.

Lola zainspirowała mnie do odkurzenia w sobie najsmaczniejszej i mega dziwnej jajecznicy z jogurtem greckim i żółtym serem, zdjęcie któreś tam w kolejności.

Jarałam dziś tureckiego papierosa. Rzucę to gówno. Chyba

Foto-kolaż, obrazki z ostatnich dni:


zawsze chciałam mieć samojebkę z gwoździem

jajecznica, omnomnomnom <3

Moje Puchate Szczęście - Tercja


Nie wiem czemu, ale dziś mam we łbie ten numer



czwartek, 1 sierpnia 2013

Wyjście*

* 'miejsce, przez które się wychodzi skądś': Boczne, główne, zapasowe wyjście. (za Słownik Współczesnego Języka Polskiego, B. Dunaj)


Uwielbiam język ojczysty. Jest bogaty w wyrazy o milionie znaczeń.
Wyjść z siebie (i stanąć obok), albo wyjść i nie wracać...

Za dużo kandydatów na dodatkowego męża kręci się wokół ostatnio, wyłażą jak pluskwy z dziur przez lata milczący, albo ci poznani ostatnio myślą i chcą ode mnie za dużo.

A ja wychodzę. Z tych sytuacji. Bez szwanku, z oszczędnością kolejnych stawianych mnie kaw, piw i obiadów.

Spierdalam (wychodzę brzmi zbyt słabo) za to od swoich głębszych obowiązków i problemów, które powinny mnie najmocniej dotyczyć.
Perfekcjonizm mój (ble), każe mi myśleć o sobie dobrze, jedynie w wypadku, gdy wypełnię 100% zaplanowanych spotkań/telefonów itd. Kiedy to się nie udaje, tupię ze złości nogami, niczym pięciolatka.

Jeden z byłych ma dziś urodziny (niech się goni, stale tłucze mi się to zdanie w głowie), z drugim byłam dziś na służbowym spotkaniu (Cz, kurwa, czy Ty musisz tak super pachnieć nawet jeśli gadasz o takich głupotach biznesowych?).

Ale moja Ostoja jest ze mną, w wynajmowanych trzech pokojach. Leży obok i majstruje w binarnym świecie. A ja, czuję się dziś wybitnie staro - wyszłam zażenowana ze spotkania w mieście - od kiedy to knajpy, śmiechy, tanie piwo i fajki nie są dla mnie? Mój mózg tak dziś jednak stwierdził, więc wróciłam szybciej niż planowałam.

Ostatnio bez ustanku kogoś zaskakuje moje śpiewanie. To dobrze, bo uwielbiam brylować (oj jestem Królem Julianem, nie ma co). Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

PS: Mały spam - bierzcie i głosujcie na znajomą moją, jedyną Polkę w stawce - http://voicingers.com/2013/audience_award/


PS2: Czysty orgazm.

PS3: Ciekawe kiedy (i czy w ogóle), dogadam się z Rodzicielstwem w sprawie ślubu? Ah, coraz bardziej mnie to waliii
...

środa, 31 lipca 2013

Początek

Są takie chwile, po których nic już nie będzie "normalne" (a teraz sobie sami normalność zdefiniujcie).
Otóż moje normy rozpadają się od stycznia bez przerwy niemal, choć kręcą tylko wokół dwóch tematów...

Ale nic to. Jak za pociągnięciem magicznego sznurka zaczęła się moja pionizacja, ogarnięcie.

Boli. Będzie boleć kurewsko i prędko nie przestanie. Terapia nigdy nie jest łatwa. I z jednej strony czuję się raz w tygodniu jak bohaterka "Bez Tajemnic" (wtedy też myślę, że może to całe swoje życie w rodzinie sobie wymyśliłam, przecież nie jestem wcale ważna?), a z drugiej, wyważam ostatnio tak wiele drzwi, że jestem z siebie dumna, z każdym dniem bardziej (wszak miło jest się, kurwa, dowiedzieć, że sprzeciw jest naturalnym prawem człowieka).

Położyłam już serce na stole, teraz oddaję i duszę. Choćby dlatego, że obiecałam sobie normalny start we własną, małą, mężczyzno-kocią rodzinę.

I mimo to, że zbyt często we łbie świeci się lampka "spierdalaj, bo tak jest łatwiej" albo "unikaj problemu", jest dla mnie szansa.

Może ktokolwiek tu zajrzy, przeczyta, coś powie?

Chora jestem na głowę. Każdy trochę jest.